Na dobry początek. Krótki kawałek,
który napisałem całkiem niedawno. Miłej lektury :)
Lilly
była zabójczo piękna. Włoszka. Drobna, z pozoru delikatna. Tamtego wieczoru,
gdy spotkałem ją w lombardzie Indygo,
w dzielnicy przemysłowej Atlanty, wyglądała czarująco. Lśniła w delikatnym
świetle jarzeniówek i od razu wiedziałem, że żadnej innej nie pragnąłem nigdy
tak, jak jej.
Uwielbiała,
gdy czule przesuwałem palcami po jej uroczych kształtach. Powoli poznawałem
każdy fragment jej przepięknej powierzchni. Cal, po calu. Gdy kładłem ją na
łóżku, jej ciemna karnacja kontrastowała z bielą pościeli. Nacierałem ją
olejkami, wydobywając z niej cudowny blask, a ona szeptała, jak bardzo mnie
kocha.
Gdy
trzymając ją szedłem ulicą, czułem się niepokonany. Czułem, że mógłbym władać
światem. Czułem w sobie moc.
Tak...
zabójczo piękna Lilly. Skrywała mordercze tajemnice. Ci, którzy ją znali,
drżeli, gdy groziłem, że mogłaby którąś z nich ujawnić. Poznałem te wszystkie
małe sekrety i wierzcie mi – gdybym spotkał Lilly z innym facetem, też bym się
bał.
Tak,
jak wtedy, w barze Cocroach. Nie
przypominam sobie zbyt wielu spelun, gorszych od tego miejsca i nie pamiętam,
dlaczego poszliśmy właśnie tam. W każdym razie była przy mnie i to było
wspaniałe. A tamten koleś usilnie próbował spieprzyć ten piękny nastrój.
Złapałem
Lilly i ścisnąłem jej język, a ona uwolniła jeden ze swoich sekretów.
Huk
wystrzału rozdarł zatęchłe powietrze speluny.
Gdy
ucichła, rozległ się cichy brzęk upadającej na podłogę łuski.