Ostatnio udało mi się
nadrobić kilka filmowych zaległości i poniższa recenzja jest
efektem jednego z takich „nadrobień”. Być może w przyszłości
pojawi się więcej odgrzewanych kotletów (czyt.: recenzji
nie-najnowszych produkcji), ale w końcu bigos też można odgrzewać
i ponoć za każdym razem jest jeszcze lepszy. Nie znaczy to, że
będę pisał tylko pozytywne recenzje. Czasami coś jest tak złe,
że aż trudno się powstrzymać ;)
Tak więc dziś na patelni
odgrzewam film Dom w głębi lasu
(oryg. Cabin in the woods).
Jest to (tak jakby, ale nie) typowy slasher, który sam został
oparty na odgrzewaniu całej masy typowych dla tego gatunku motywów.
Na tej płaszczyźnie nie zobaczycie tutaj nic, czego byście nie
znali: Grupa nastolatków (√
- odhaczamy) wybiera
się na weekend do małego domku na pustkowiu (√)
i tam, odcięta od świata musi zmierzyć się polującym na nią
złem (√). Ręka do góry, kto nie kojarzy któregoś z tych
motywów, to mu ją obetnę złą teksańską martwą piłą
mechaniczną. Czerwoną. Pytanie zatem: po kiego grzyba po raz setny
oglądać to ten sam film, pod innym tytułem? Ba! Dlaczego w ogóle
wydawać kasę na tworzenie czegoś takiego?
Dlatego,
że ten film jest zupełnie o czymś innym...
Jak
rzadko, hasło reklamowe oddaje to, z czym mamy do czynienia: jeśli
myśleliście, że już to wszystko znacie, pomyślcie jeszcze raz.
Od początku dostajemy sygnały, że coś jest nie tak. W otwarciu
oglądamy sekwencję dwóch urzędasów w średnim wieku,
rozmawiających w miejscu, które przypomina fabryczny kompleks -
dziwne. Potem poznajemy typowych głównych bohaterów: typowego
sportowca Curta, który jest jednak całkiem nieźle oczytany (w tej
roli Chris Hemsworth), jego blond dziewczynę Jules (Ana Hutchison),
ale tylko farbowaną i również bystrą, czarnoskórego Holdena
(Jesse Williams), który nie dość, że nie ginie pierwszy, to
jeszcze w dodatku nie jest źródłem humoru, za to jest dżentelmenem
i skrytą Danę (Kristen Connolly), która wcale nie jest taka
zahukana, jak się wydaje (wymiana zdań w końcówce filmu,
dotycząca jej udziału w wydarzeniach, powala). Na dokładkę
dostajemy Marty'ego (Fran Kranz) – notorycznie upalonego gościa,
którego ironiczne komentarze bezlitośnie ośmieszają wszystkie
głupie i pozbawionych logiki zachowania bohaterów tego typu
produkcji.
Im
dalej prowadzi nas fabuła tym więcej odstępstw od konwencji
serwuje nam duet Joss Wheldon (scenariusz) i Drew Goddard (scenariusz
i reżyseria), by w finale postawić wszystko na głowie, a mnie
zostawić zwyczajnie urzeczonego. Obaj panowie znają się doskonale
na robieniu kina i mają świadomość z jakich składników cała ta
potrawka się składa. Zmienili więc proporcje, zamiast w prawo,
zamieszali w lewo, użyli innych przypraw i... voila.
Danie godne kinomana.
Mimo
tych wszystkich zwrotów, modyfikacji i lekkiego tonu recenzji trzeba
pamiętać, że film wciąż jest slasherem. Jest brutalnie, jest
krwawo i tak, jak w tego typu produkcjach być powinno. Choć jeśli
będziemy odbierać film jedynie na tym poziomie myślę, że
okazałby się on stratą czasu. No bo, cóż my tu mamy, czego nie
widzieliśmy w innych slasherach? Nic. Kilka udziwnień, durnych
urzędasów i gościa, który kwestionuje to, że należy się
rozdzielić (no jak tak można?). Na szczęście film ma nam do
zaoferowania dużo, dużo więcej.
Do
filmu podchodziłem z pewnym dystansem, gdyż wiedziałem o nim
jedynie to, że jest „inny”. Nastawiałem się na kolejnego
slashera, a dostałem coś, co na długo zapadnie mi w pamięć i
trudno mi doszukać się w nim wyraźnych wad, albo scen, którym
przyglądałem się z niewyraźną miną, zastanawiając się: „Ale
po jaką cholerę oni...?” Oczywiście, nie licząc tych, które
potem w genialny sposób wpasowywały się w układankę. Jedyna
scena, która mnie odepchnęła, a którą można oznaczyć etykietką
„Dla idiotów, którzy jeszcze nie zrozumieli”, jest scena w
windzie, gdzie bohaterka uświadamia sobie, co się właściwie stało
i głośno nas o tym informuje, choć wiemy to od dawna. No i jeszcze
plakat. Ten obracający się domek... taka kusząca wizja... nawet
wspomniana w filmie. Tylko wspomniana. Niestety.
Tak
więc jeśli jeszcze nie oglądaliście Domu
w głębi lasu
zróbcie to koniecznie. Czeka was doskonała zabawa i wiele
zaskoczeń.
W
skrócie:
Najlepsza
scena: cały Wielki Finał oraz moment gdy pojawia się osoba, która
pociąga za wszystkie sznurki (aż wstrzymałem oddech).






