piątek, 7 czerwca 2013

Raz, dwa, trzy... Potworem dostaniesz: Ty...

       Ostatnio udało mi się nadrobić kilka filmowych zaległości i poniższa recenzja jest efektem jednego z takich „nadrobień”. Być może w przyszłości pojawi się więcej odgrzewanych kotletów (czyt.: recenzji nie-najnowszych produkcji), ale w końcu bigos też można odgrzewać i ponoć za każdym razem jest jeszcze lepszy. Nie znaczy to, że będę pisał tylko pozytywne recenzje. Czasami coś jest tak złe, że aż trudno się powstrzymać ;)

       Tak więc dziś na patelni odgrzewam film Dom w głębi lasu (oryg. Cabin in the woods). Jest to (tak jakby, ale nie) typowy slasher, który sam został oparty na odgrzewaniu całej masy typowych dla tego gatunku motywów. Na tej płaszczyźnie nie zobaczycie tutaj nic, czego byście nie znali: Grupa nastolatków (√ - odhaczamy) wybiera się na weekend do małego domku na pustkowiu (√) i tam, odcięta od świata musi zmierzyć się polującym na nią złem (√). Ręka do góry, kto nie kojarzy któregoś z tych motywów, to mu ją obetnę złą teksańską martwą piłą mechaniczną. Czerwoną. Pytanie zatem: po kiego grzyba po raz setny oglądać to ten sam film, pod innym tytułem? Ba! Dlaczego w ogóle wydawać kasę na tworzenie czegoś takiego?
       Dlatego, że ten film jest zupełnie o czymś innym...
       Jak rzadko, hasło reklamowe oddaje to, z czym mamy do czynienia: jeśli myśleliście, że już to wszystko znacie, pomyślcie jeszcze raz. Od początku dostajemy sygnały, że coś jest nie tak. W otwarciu oglądamy sekwencję dwóch urzędasów w średnim wieku, rozmawiających w miejscu, które przypomina fabryczny kompleks - dziwne. Potem poznajemy typowych głównych bohaterów: typowego sportowca Curta, który jest jednak całkiem nieźle oczytany (w tej roli Chris Hemsworth), jego blond dziewczynę Jules (Ana Hutchison), ale tylko farbowaną i również bystrą, czarnoskórego Holdena (Jesse Williams), który nie dość, że nie ginie pierwszy, to jeszcze w dodatku nie jest źródłem humoru, za to jest dżentelmenem i skrytą Danę (Kristen Connolly), która wcale nie jest taka zahukana, jak się wydaje (wymiana zdań w końcówce filmu, dotycząca jej udziału w wydarzeniach, powala). Na dokładkę dostajemy Marty'ego (Fran Kranz) – notorycznie upalonego gościa, którego ironiczne komentarze bezlitośnie ośmieszają wszystkie głupie i pozbawionych logiki zachowania bohaterów tego typu produkcji.
       Im dalej prowadzi nas fabuła tym więcej odstępstw od konwencji serwuje nam duet Joss Wheldon (scenariusz) i Drew Goddard (scenariusz i reżyseria), by w finale postawić wszystko na głowie, a mnie zostawić zwyczajnie urzeczonego. Obaj panowie znają się doskonale na robieniu kina i mają świadomość z jakich składników cała ta potrawka się składa. Zmienili więc proporcje, zamiast w prawo, zamieszali w lewo, użyli innych przypraw i... voila. Danie godne kinomana.
       Mimo tych wszystkich zwrotów, modyfikacji i lekkiego tonu recenzji trzeba pamiętać, że film wciąż jest slasherem. Jest brutalnie, jest krwawo i tak, jak w tego typu produkcjach być powinno. Choć jeśli będziemy odbierać film jedynie na tym poziomie myślę, że okazałby się on stratą czasu. No bo, cóż my tu mamy, czego nie widzieliśmy w innych slasherach? Nic. Kilka udziwnień, durnych urzędasów i gościa, który kwestionuje to, że należy się rozdzielić (no jak tak można?). Na szczęście film ma nam do zaoferowania dużo, dużo więcej.
       Do filmu podchodziłem z pewnym dystansem, gdyż wiedziałem o nim jedynie to, że jest „inny”. Nastawiałem się na kolejnego slashera, a dostałem coś, co na długo zapadnie mi w pamięć i trudno mi doszukać się w nim wyraźnych wad, albo scen, którym przyglądałem się z niewyraźną miną, zastanawiając się: „Ale po jaką cholerę oni...?” Oczywiście, nie licząc tych, które potem w genialny sposób wpasowywały się w układankę. Jedyna scena, która mnie odepchnęła, a którą można oznaczyć etykietką „Dla idiotów, którzy jeszcze nie zrozumieli”, jest scena w windzie, gdzie bohaterka uświadamia sobie, co się właściwie stało i głośno nas o tym informuje, choć wiemy to od dawna. No i jeszcze plakat. Ten obracający się domek... taka kusząca wizja... nawet wspomniana w filmie. Tylko wspomniana. Niestety.
       Tak więc jeśli jeszcze nie oglądaliście Domu w głębi lasu zróbcie to koniecznie. Czeka was doskonała zabawa i wiele zaskoczeń.

       W skrócie:
       Najlepsza scena: cały Wielki Finał oraz moment gdy pojawia się osoba, która pociąga za wszystkie sznurki (aż wstrzymałem oddech).
       Najgorsza scena: wspomniane wcześniej łopatologiczne wyjaśnienia.



Wszelkie Prawa Zastrzeżone

Wszystkie materiały zamieszczone na tej stronie są własnością Szymona Gonera!

Umieszczanie ich na innych stronach, publikowanie, przetwarzanie, lub prezentowanie publiczne innego rodzaju, bez zgody autora jest zabronione!