poniedziałek, 10 lutego 2014

We've lost contact with the colony...


            Tym razem będzie coś świeżego i wbrew tytułowi nie będzie to Aliens chociaż tutaj też stracono kontakt z kolonią, tyle, że Kolonią 5, a tytuł filmu to The Colony (ta-daam!).
            Powstały w minionym roku obraz Jeffa Renfroe opowiada historię, której akcja dzieje się w roku 2045, a jej bohaterami są ludzie ocaleli z klimatycznej apokalipsy, która przykryła całą planetę kilkunastometrową warstwą śniegu. Skąd on? Ludzie stworzyli maszyny zdolne regulować pogodę. Maszyny nie zadziałały jak trzeba, śnieg zaczął padać i nie przestał, temperatury drastycznie spadły. Zimą mało co rośnie, słońca też, jak na lekarstwo i z czasem wszystko, co żywe zaczęło umierać (o ile nie zamarzło wcześniej).
            Ludzie chronią się w podziemnych koloniach, a widz ma możliwość śledzić życie w jednej z nich - Kolonii 7. Wyróżnia ją to, że poza dużą ilością zapasów ma własną hodowlę roślin i zwierząt, a mieszkańcy dbają, by jedne i drugie się rozmnażały. Ekipa ustawiona jest aż do (kolejnego) końca świata. Jednak żeby nie było zbyt różowo, pojawiają się tarcia personalne, a i złośliwa natura daje osobie znać pod postacią grypy - lekarstw hodować się nie da, dlatego zaraźliwa choroba może potencjalnie wybić wszystkich mieszkańców. Prawdziwe kłopoty zaczynają się jednak, gdy kolonia odbiera sygnał sos od swoich sąsiadów i trójka ochotników wyrusza sprawdzić, co się tam wydarzyło.
            Generalnie obraz świata, jaki widzowi podają twórcy jest całkiem spójny i nie miałem problemu przyjąć, że było właśnie tak, a nie inaczej. Dlatego film ogląda się z przyjemnością mimo, że nie wnosi do kinematografii (ani s-f) właściwie niczego nowego, zresztą nie sądzę, by takie ambicje mu przyświecały. Problemy zaczynają się dopiero wtedy, gdy widz dowiaduje się, co zaatakowało kolonię 5. I nie chodzi nawet o to, że są to (żeby nie spoilerować - napisałem na dole ;) - w końcu to źródło zagrożenia dobre, jak każde inne. Problem polega na tym, że od tego momentu film coraz bardziej zwalnia i nawet finałowa walka głównego bohatera z głównym bad guy'em zupełnie nie porywa. W dodatku, gdy pobity protagonista (Sam, grany przez Kevina Zegersa) zadaje kardynalne pytanie: "dlaczego", odpowiedź na nie uzmysławia, że scenarzystom zwyczajnie się nie chciało. Przypomina to oglądanie pierwszej części filmu Resident Evil, gdzie dopóki bohaterowie nie wypuszczają chordy zombiaków jest napięcie, atmosfera i ogólnie przyjemnie się ogląda. Potem z każdą minutą jest gorzej. Niestety Lawrence Fishburne (grający przywódcę kolonii - Briggsa), to nie Michelle Rodriguez, więc nie ma nawet na czym oka zawiesić. Najciekawszą - a przy tym nieprzyjemną - postacią wydaje się Mason, grany przez Billa Paxtona (i wracamy do Aliensów).
            O muzyce w filmie można powiedzieć tyle, że jest. W paru miejscach rzuciły mi się na uszy kawałki grane na gitarze elektrycznej, ale to jeszcze za mało, by uznać to za ścieżkę dźwiękową.
            Gdyby nie to, że scenarzyści pokpili sprawę, film mógłby być całkiem niezłym kawałkiem kina post-apokaliptycznego w klimacie Tajemnicy Syriusza. Niestety - nie wyszło, co nie znaczy, że film zupełnie nie nadaje się do oglądania.

Podsumowując:
Najlepsza scena: Sekwencja przeszukiwania Kolonii 5
Najgorsza scena: Finał.


Kanibale!!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wszelkie Prawa Zastrzeżone

Wszystkie materiały zamieszczone na tej stronie są własnością Szymona Gonera!

Umieszczanie ich na innych stronach, publikowanie, przetwarzanie, lub prezentowanie publiczne innego rodzaju, bez zgody autora jest zabronione!