Tym razem będzie coś świeżego i
wbrew tytułowi nie będzie to Aliens
chociaż tutaj też stracono kontakt z kolonią, tyle, że Kolonią 5, a tytuł filmu
to The Colony (ta-daam!).
Powstały w minionym roku obraz Jeffa
Renfroe opowiada historię, której akcja dzieje się w roku 2045, a jej
bohaterami są ludzie ocaleli z klimatycznej apokalipsy, która przykryła całą
planetę kilkunastometrową warstwą śniegu. Skąd on? Ludzie stworzyli maszyny zdolne
regulować pogodę. Maszyny nie zadziałały jak trzeba, śnieg zaczął padać i nie
przestał, temperatury drastycznie spadły. Zimą mało co rośnie, słońca też, jak
na lekarstwo i z czasem wszystko, co żywe zaczęło umierać (o ile nie zamarzło
wcześniej).
Ludzie chronią się w podziemnych koloniach,
a widz ma możliwość śledzić życie w jednej z nich - Kolonii 7. Wyróżnia ją to,
że poza dużą ilością zapasów ma własną hodowlę roślin i zwierząt, a mieszkańcy
dbają, by jedne i drugie się rozmnażały. Ekipa ustawiona jest aż do (kolejnego)
końca świata. Jednak żeby nie było zbyt różowo, pojawiają się tarcia
personalne, a i złośliwa natura daje osobie znać pod postacią grypy - lekarstw hodować
się nie da, dlatego zaraźliwa choroba może potencjalnie wybić wszystkich
mieszkańców. Prawdziwe kłopoty zaczynają się jednak, gdy kolonia odbiera sygnał
sos od swoich sąsiadów i trójka ochotników wyrusza sprawdzić, co się tam wydarzyło.
Generalnie obraz świata, jaki
widzowi podają twórcy jest całkiem spójny i nie miałem problemu przyjąć, że
było właśnie tak, a nie inaczej. Dlatego film ogląda się z przyjemnością mimo,
że nie wnosi do kinematografii (ani s-f) właściwie niczego nowego, zresztą nie
sądzę, by takie ambicje mu przyświecały. Problemy zaczynają się dopiero wtedy,
gdy widz dowiaduje się, co zaatakowało kolonię 5. I nie chodzi nawet o to, że
są to (żeby nie spoilerować - napisałem na dole ;) - w końcu to źródło zagrożenia dobre, jak każde inne. Problem
polega na tym, że od tego momentu film coraz bardziej zwalnia i nawet finałowa
walka głównego bohatera z głównym bad guy'em zupełnie nie porywa. W dodatku,
gdy pobity protagonista (Sam, grany przez Kevina Zegersa) zadaje kardynalne
pytanie: "dlaczego", odpowiedź na nie uzmysławia, że scenarzystom
zwyczajnie się nie chciało. Przypomina to oglądanie pierwszej części filmu Resident Evil, gdzie dopóki bohaterowie
nie wypuszczają chordy zombiaków jest napięcie, atmosfera i ogólnie przyjemnie
się ogląda. Potem z każdą minutą jest gorzej. Niestety Lawrence Fishburne
(grający przywódcę kolonii - Briggsa), to nie Michelle Rodriguez, więc nie ma
nawet na czym oka zawiesić. Najciekawszą - a przy tym nieprzyjemną - postacią
wydaje się Mason, grany przez Billa Paxtona (i wracamy do Aliensów).
O muzyce w filmie można powiedzieć
tyle, że jest. W paru miejscach rzuciły mi się na uszy kawałki grane na gitarze
elektrycznej, ale to jeszcze za mało, by uznać to za ścieżkę dźwiękową.
Gdyby nie to, że scenarzyści pokpili
sprawę, film mógłby być całkiem niezłym kawałkiem kina post-apokaliptycznego w
klimacie Tajemnicy Syriusza. Niestety
- nie wyszło, co nie znaczy, że film zupełnie nie nadaje się do oglądania.
Podsumowując:
Najlepsza
scena: Sekwencja przeszukiwania Kolonii 5
Najgorsza
scena: Finał.
Kanibale!!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz